Logo
knajpy.krakow.pl
piątek, 18 sierpnia 2017 

Forum o Krakowie

Find a place
Random photo
Pub Społem
Kliknij by wyświetlić informację o knajpie
gallery >>
Places from A to Z
Kitsch in Kazimierz
Klub Fabryka
Klub Kombinator
Klub Kulturalny
Klub Obsesja
więcej >>
 Felietony

Kliknij żeby powiększyć"...zaczarować się, unieruchomić dzień"

„Za morzami” to album, który można odbierać emocjonalnie, intelektualnie, a jak ktoś bardzo się uprze, to czysto rozrywkowo też (tyle, że wtedy traci się wiele). I jedno w uszy (bo przecież nie w oczy, czyż nie?) rzuca się od razu – to niezwykle spójna płyta. Płynie (oj tak!) sobie tak naturalnie, że słuchanie jej od razu staje się przyjemnością. Choć bynajmniej nie jest tak, że od razu się ją rozumie.

O muzyce nie da się pisać. A właściwie nie... Inaczej – da się, tylko to zupełnie jak z oglądaniem zapachu. Siła wyobraźni, która zawsze przegra. Kwestia jak dotkliwa będzie to porażka... Można więc pisać o tej płycie, ale ona i tak pozostanie ponad słowami. Epitety wobec dźwięków wydają się słabe. „Za morzami” to album, który można odbierać emocjonalnie, intelektualnie, a jak ktoś bardzo się uprze, to czysto rozrywkowo też (tyle, że wtedy traci się wiele). I jedno w uszy (bo przecież nie w oczy, czyż nie?) rzuca się od razu – to niezwykle spójna płyta. Płynie (oj tak!) sobie tak naturalnie, że słuchanie jej od razu staje się przyjemnością. Choć bynajmniej nie jest tak, że od razu się ją rozumie. Mam wrażenie, że to trochę jak z człowiekiem – trzeba ją oswajać powoli, a wtedy ona pozwoli poznać się lepiej. Takie właśnie płyty lubię najbardziej – zupełnie nagle wywołujące emocje, których już się nie spodziewam. One zawsze okazują się najbardziej wartościowe, do nich wracam po długich czasem przerwach. Nie szukając daleko – tak jest z debiutem Jacka Lachowicza, który zaskakuje mnie czymś za każdym razem, kiedy go słucham. Generalnie silną stroną piosenek Lachowicza jest niebanalność tekstów. I o ile na debiucie nie narzucały się słowa – klucze, o tyle album „Za morzami” charakteryzuje pewna powtarzalność pojęć, która jednak nie idzie w parze z powielaniem motywów występujących w poszczególnych utworach. Dzięki temu tworzy się sieć metafor, absolutna wieloznaczność, która wciąga i nie prowadzi (na szczęście!) do żadnych odpowiedzi. Muzycznie jest różnorodnie. Porównania do innych artystów odpuszczę sobie z premedytacją, bo bardzo ich nie lubię. Zresztą po co, skoro jest oryginalnie i to jest godne podkreślania na każdym kroku. Szczególnie cieszy wyraźna różnica w aranżacjach między utworami na płycie a ich koncertowymi wersjami. Na albumie wyraźnie wybija się dbałość o każdy dźwięk, każdą warstwę kompozycji. Właśnie dzięki temu można go przesłuchać dwadzieścia razy i zawsze usłyszeć coś, na co wcześniej nie zwróciło się uwagi. Po miesiącu częstych powrotów do „Za morzami” wiem już na pewno, że ta płyta się nie nudzi. I oczywiście mogłabym teraz przespacerować się słownie po każdej z piosenek albo po kilku wybranych, ale obawiam się, że taka analiza mogłaby stać się równie niebezpieczna dla tych utworów jak słoń dla składu porcelany. Dla mnie wirtuozeria polega tutaj na tym, że w odsłuchu tych piosenek główną rolę zaczynają grać emocje, a przecież od wieków wiadomo, że to one są w odbiorze sztuki najważniejsze. Skoro się pojawiają i przejmują władzę nad moimi chyba coraz częściej analitycznymi skłonnościami w odniesieniu do muzyki, to znaczy, że technicznie i koncepcyjnie płyta jest absolutnie bez zarzutu. Koncertowo zresztą podobnież, co z przyjemnością ogłaszam po obejrzeniu koncertu w Warszawie 15 maja oraz we wrocławskim „Niebie” zaledwie kilka dni temu, bo 11 czerwca. Na obu było dużo luzu, improwizacji, nowych aranżacji. Na ogromne brawa zasługuje Wojtek Bubak, który świetnie dopasował się do zespołu, co doskonale widać w czasie kawałków improwizowanych. Kiedy zastąpił Jacka Kuleszę, pojawiało się ich zdecydowanie mniej, co zresztą było w sytuacji zmiany muzyka rzeczą naturalną. Teraz wracają, brzmią świetnie i w połączeniu z w wielu przypadkach przearanżowanymi utworami z płyt oraz często bardzo zaskakującymi coverami („Son Of A Blue Sky” Wilków wywołał we Wrocławiu istne szaleństwo wśród publiczności, a taneczna improwizacja z wplecionym refrenem wiadomego hitu Rubika spowodowała na wszystkich twarzach szerokie uśmiechy) tworzą atmosferę, która jest tak charakterystyczna dla koncertów Jacka Lachowicza. Jest radość, rzadko spotykana naturalność i absolutny brak rutyny. A kiedy usłyszałam „Szóstkę” graną na gitarze elektrycznej zamiast akustycznej, kompletnie przez to inną, smutniejszą, powiedziałam tylko jedno: geniusz. I tak właśnie myślę tym bardziej, że zawsze twierdziłam, że zmiana chociaż jednego akordu w piosence idealnej, jaką moim zdaniem jest „Szóstka”, byłaby świętokradztwem. We Wrocławiu utwierdziłam się jednak w życiowym przekonaniu, że świętokradztwo czasem popłaca. W tym wypadku nawet podwójne, bo na próbie grali tradycyjnie. W Warszawie za to bezapelacyjnie powalił utwór Philla Collinsa "In The Air Tonight”. Na ten punkt koncertu zwracam uwagę nie bez powodu. Bo rewelacyjnie zagrać własne utwory nie jest tak trudno, jak wziąć na warsztat niekwestionowaną gwiazdę i zagrać jej piosenkę tak, jakby to była własna... Dla mnie niewątpliwie Jacek Lachowicz jest jednym z najoryginalniejszych artystów polskiej sceny muzycznej i przede wszystkim artystą, który swoim drugim albumem udowodnił, że nie stoi w miejscu. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że kiedy wyda trzecią i każdą kolejną płytę, będę go mogła chwalić tak samo szczerze, jak do tej pory i że każdy jego następny koncert będzie mnie zaskakiwał tak, jak wszystkie poprzednie, czego sobie i wszystkim słuchającym muzyki Jacka życzę.

iris

Wasze opinie Utworz nowy watek

Zespół knajpy.krakow.pl nie odpowiada za treść komentarzy, zastrzegamy sobie jednak prawo do usuwania bądź skracania ich treści jeśli jest niezgodna z regulaminem forum. Dane osób umieszczających komentarze są logowane i w razie naruszenia prawa lub dobrego imienia osób trzecich mogą zostać przekazane odpowiednim instytucjom.
Brak komentarzy