|
|
 |
Zdjecia i relacja z OPEN'ER FESTIVAL, Gdynia, 6-8 lipca 2006 r.
Zastanawiam się, co powiedzieć na temat tegorocznego Festiwalu Na Wolnym Powietrzu i nie wiem. Wszystko zostało już wyrecytowane, wyśpiewane, napisane, ubrane w formy rozmaite, nagłośnione i poszło w świat szeroki.
Poczytałam sobie co nieco na ten temat i tak się momentami zastanawiałam, czy tamci Panowie Eksperci byli na pewno tam gdzie ja. Dziwi mnie i denerwuje, że tacy Wielcy Dziennikarze czasem jadą na festiwal / przedstawienie / koncert / imieniny u cioci znanej osoby tudzież coś tam innego tylko po to, żeby wyłapać wszelkie niedociągnięcia, wyolbrzymić je do niewyobrażalnych rozmiarów i udowodnić, że świetni artyści w Polsce się nie starają, obsługa każdego wydarzenia w naszym kraju umie tylko walnąć widza w gębę, a kolor skarpetek gitarzysty zespołu X nie pasował do koszuli wokalisty.
A ja byłam na festiwalu zorganizowanym na światowym poziomie. Postęp w porównaniu do roku poprzedniego był porażający – więcej artystów z najwyższej światowej półki, małe przerwy między poszczególnymi występami, ogromna przestrzeń, na której można było leżeć, siedzieć, skakać, tańczyć walczyka, wrzeszczeć, ćwiczyć jogę i robić co się komu żywnie podobało, nie przeszkadzając przy tym ludziom wokół. Plusy to także niezwykle miła obsługa i rzecz prozaiczna – taka ilość toalet, że wystarczyłoby dla potrójnej liczby obecnych na Open’erze ludzi. Z tego należy się cieszyć, a już pod żadnym pozorem nie można umniejszać rangi tego wydarzenia. Fakt – za granicą robią to od lat. Ale, co powszechnie wiadomo, my nie jesteśmy „zagranica” i udało nam się po raz pierwszy. Udało się naprawdę – bez ściemy, naciągania faktów, zapraszania muzycznych dinozaurów...
Zagrali artyści, którzy teraz (nie rok temu, ani nawet pół roku) biją rekordy popularności. Nie wszyscy trafiają swoją twórczością w mój gust, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Taki na przykład Manu Chao – muzycznie dla mnie nie do zniesienia, ale muszę z całym szacunkiem przyznać, że zagrał świetny koncert – długi, energetyczny, porywający.
Potem dorównał mu Pharrell Williams, który nawiązał tak świetny kontakt w publicznością, że aż po koncercie wyszedł przed barierki, żeby przybić piątkę ludziom z pierwszego rzędu. A że śpiewał o tym, że chciałby przelecieć jakąś panienkę? Oczywiście można się czepiać... Tylko czy to nie śmieszne w obliczu tego, że ma się do czynienia z kolesiem, który uznawany jest za najlepszego na świecie producenta rapowego?
Nie ukrywam, że koncertem, dla którego przyjechałam do Gdyni, był występ Placebo. W związku z mocnym postanowienie oglądania tego koncertu nie przez pośrednictwo telebimu stałam przy barierkach od samego Manu Chao, Pharrell przybił piątkę i mnie, co miałam raczej w nosie, bolało mnie wszystko i na tę upragnioną pierwszą w nocy czekałam niczym na zbawienie. Teraz już wiem, jakie to uczucie, kiedy muzyka przeszywa, traci się panowanie nad sobą, ból przestaje mieć znaczenie, gardło wydziera się samo i lecą łzy. Niech sobie wszyscy dywagują nad tym, kim jest Brian Molko i że miało być inaczej, bo powinni grać wszystkie piosenki, a nie tylko z nowej płyty. Ja wyszłam zachwycona, a nawet wniebowzięta końcówką w postaci „Twenty Years”. Natomiast ci, co tak filozofowali, stracili wiele...
Bardzo zaskoczył mnie koncert Skin. O ile jej wcielenie muzyczne z czasów Skunk Anansie robiło na mnie czasem wrażenie, o tyle jej twórczość solowa raczej średnio do mnie trafia. Na koncert szłam więc ze średnio entuzjastycznym nastawieniem. Weszłam akurat na początek jej próby – mówiła do ludzi, śmiała się, skakała. Pomyślałam, że to chyba będzie świetny koncert i miałam rację. Jej muzyka na żywo brzmiała bardzo dobrze, a sama Skin ma tak hipnotyzującą osobowość, że o 19, w świetle słońca i temperaturze koło 30 stopni porwała ludzi do tańca. Chyba nikt nie stał. Nadal jestem pod jej wrażeniem. Porwał ludzi także koncert cesarza Franciszka. Franz Ferdinand dał z siebie wszystko – zagrali prawie wszystkie utwory ze swoich dwóch płyt, ani na chwilę nie dali odetchnąć publiczności. Wyszłam z tego koncertu wykończona jak po kilkugodzinnej orce w polu (nie wiem co prawda, jak wygląda człowiek po orce, ale na pewno nie gorzej niż ja po tym koncercie...). Dlatego przysypiałam na koncercie Sigur Ros. Nie na tyle jednak, żeby nie móc powiedzieć, że było pięknie. Myślę, że ci, którzy od lat czekali na przyjazd tego zespołu do Polski, nie zawiedli się.
O najważniejszych rzeczach napisałam. Polskie zespoły wypadły bardzo dobrze – i te z dużej sceny, i te z małej. Na The Streets ostały się pustki, kiedy to Pustki grały na małej scenie. Tam zrobił się tłok i wszystko się pomieszało. Udało się zatem pokonać nawet klątwę nazwy. Ale pomysł wokalisty The Streets z kucaniem był naprawdę uroczy.
Jednym słowem, czy ktoś chce się z tym zgodzić, czy nie, działo się, oj działo... Oby zatem działo się także za rok, dwa, pięć... Cóż mogę więcej powiedzieć? Koniec i bomba, kto nie był, ten trąba... Serio, serio...
tekst: Iris, foto: Barbara Pilawska/Eurostudent
|
 
|
| Zespół knajpy.krakow.pl nie odpowiada za treść komentarzy, zastrzegamy sobie jednak prawo do usuwania bądź skracania ich treści jeśli jest niezgodna z regulaminem forum. Dane osób umieszczających komentarze są logowane i w razie naruszenia prawa lub dobrego imienia osób trzecich mogą zostać przekazane odpowiednim instytucjom. |
|
|
|